(i dlaczego obawiam się, że nie skorzysta z opcji zakupu kolejnych 10)
W poprzednim artykule pokazałem Wam, dlaczego województwo opolskie realnie potrzebuje co najmniej 15 nowoczesnych autobusów szynowych do obsługi swoich linii kolejowych. Dziś chcę pójść krok dalej i wytłumaczyć, dlaczego — mimo tej oczywistej potrzeby — spodziewam się zakupu jedynie 5 pojazdów, bez skorzystania z opcji dokupu kolejnych 10.
Na wstępie chcę to jasno podkreślić: nie jest moim celem obrażanie kogokolwiek. Decydenci, politycy i urzędnicy to ludzie tacy jak my — mają rodziny, obowiązki, pasje, problemy dnia codziennego. Zostali wybrani lub powołani, aby podejmować decyzje, i mają do tego prawo. Problem zaczyna się wtedy, gdy te decyzje rozmijają się z realnymi potrzebami mieszkańców regionu.
Ten tekst nie jest oskarżeniem. Jest próbą krytycznej analizy faktów. Po jego lekturze to Wy, Czytelnicy, ocenicie, czy moje obawy są uzasadnione. Ja — jak każdy — mam prawo do własnej opinii, ale staram się ją opierać na danych, doświadczeniu i obserwacji.
Przyznam wprost: nauczyłem się myśleć krytycznie. Słuchać nie tylko tego, co politycy mówią, ale przede wszystkim patrzeć na to, co faktycznie robią — i czy dotrzymują składanych obietnic. A teraz… proszę się trzymać krzesła, bo przechodzimy do konkretów.
10 maja 2011 roku spółka Przewozy Regionalne otrzymała do użytkowania autobus szynowy SA137-004, zakupiony przez województwo opolskie od firmy NEWAG S.A. z Nowego Sącza. Z dużym prawdopodobieństwem był to ostatni zakup spalinowego taboru kolejowego dokonany przez region.
Od tamtej pory — przez około 15 lat — w województwie opolskim nie pojawił się ani jeden nowy pojazd przeznaczony do obsługi tzw. linii spalinowych. To ogromny okres, w którym zmieniły się potrzeby pasażerów, struktura dojazdów do pracy i szkół, a także realia transportowe.
W tym czasie inwestowano niemal wyłącznie w tabor elektryczny, który — co trzeba jasno powiedzieć — nie ma zastosowania na kluczowych liniach niezelektryfikowanych, takich jak:
To właśnie te trasy obsługują ogromne obszary regionu wykluczonego transportowo. Brak inwestycji w odpowiedni tabor oznaczał w praktyce rezygnację z rozwoju tych połączeń.
Eksperci kolejowi, raporty i analizy są w tej kwestii zgodne: nawet na liniach o umiarkowanym potencjale — takich jak linia 137 — powinno kursować od 8 do 10 par pociągów regionalnych dziennie, aby oferta była realną alternatywą dla samochodu.
Dziś mamy około 5.5 par połączeń, przy czym „z hakiem”, bo jeden z pociągów funkcjonuje tylko w jedną stronę. To o połowę mniej niż minimalne zapotrzebowanie.
Efekt? Przewidywalny i niestety dobrze znany:
Dziś na linii 137 naprawdę trudno normalnie funkcjonować bez auta. Są osoby, które wychodzą z domu przed 6 rano i wracają dopiero o 17–18, mimo że pracują standardowe 8 godzin. W dłuższej perspektywie to wpływa na decyzje życiowe: przeprowadzki, rezygnację z osiedlania się w mniejszych miejscowościach, a nawet odkładanie decyzji o założeniu rodziny.
Oczywiście powodów takich zjawisk jest wiele — ale transport publiczny jest jednym z kluczowych.
I teraz pytanie zasadnicze: kto ogranicza liczbę połączeń? Odpowiedź jest prosta: organizator przewozów. Ci sami decydenci, którzy później tłumaczą, że „nie ma taboru” albo „pasażerowie i tak nie jeżdżą”. To mechanizm samospełniającej się przepowiedni.
Nieprzypadkowo jedyną linią spalinową, która wciąż oferuje względnie sensowną liczbę połączeń, jest Nysa — Opole — objęta szczególnym „parasolem ochronnym”.
Ten przykład jest dla mnie szczególnie wymowny.
Pamiętacie likwidację bezpośrednich pociągów z Kędzierzyna-Koźla przez Prudnik, Nysę i Brzeg do Wrocławia? Jak to wówczas tłumaczono? Że przecież „można się przesiadać”, że „czasy przesiadek są krótkie”, że „to żaden problem”.
W teorii brzmi to niewinnie. W praktyce — jest to jedna z najgorszych możliwych decyzji transportowych.
Rozmawiałem z wieloma ekspertami kolejowymi — prawdziwymi fachowcami, którzy z oczywistych względów wolą pozostać anonimowi. Wszyscy bez wyjątku podkreślali jedno: cięcie połączeń ponadregionalnych pod pretekstem przesiadek powoduje niemal całkowity odpływ pasażerów z danej relacji.
I dokładnie to obserwujemy.
Podróżuję koleją od ponad 35 lat. Rozmawiałem z setkami pasażerów. Nigdy nie spotkałem osoby, która lubiłaby się przesiadać. Argument, że „przesiadki nie są problemem”, nie ma pokrycia w rzeczywistości.
Poza tym — spójrzmy na to z perspektywy zwykłego pasażera:
W praktyce mamy chaos informacyjny, który skutecznie zniechęca do kolei.
Chciałbym, aby ten fragment został dobrze zrozumiany.
Żyjemy w czasach, w których krytyczne myślenie bywa piętnowane. Wystarczy przypomnieć sobie pandemię: osoby kwestionujące niektóre decyzje władz były masowo wyśmiewane lub marginalizowane — niezależnie od tego, czy miały rację. Dopiero po latach część tych głosów okazywała się zasadna.
Podobny mechanizm działa dziś w debacie o kolei. Krytyka decyzji transportowych bywa zbywana, a osoby ją formułujące są przedstawiane jako „maruderzy” lub „nieznający realiów”.
Tymczasem nagle w przestrzeni medialnej pojawiają się hasła o elektryfikacji linii Nysa — Opole czy Opole — Kluczbork oraz narracja o „stawianiu na tabor elektryczny”. Brzmi to ekologicznie i nowocześnie — i właśnie dlatego jest społecznie akceptowalne.
Tylko spójrzmy na fakty.
Ostatnią linią kolejową zelektryfikowaną na terenie województwa opolskiego był odcinek Opole Groszowice — Wrocław Brochów, ukończony w grudniu 1987 roku. To niemal 40 lat temu. Kędzierzyn-Koźle od strony Śląska był pod prądem już w latach 60. XX wieku.
Przez cztery dekady nie zelektryfikowano w regionie ani jednej nowej linii. A teraz mamy uwierzyć, że w pierwszej kolejności pod prąd trafi linia Opole — Kluczbork — o znaczeniu marginalnym w porównaniu z Magistralą Podsudecką, która oficjalnie czeka na elektryfikację od 1974 roku?
To rodzi uzasadnione pytania.
W ciągu ostatnich 15 lat nie znajduję ani jednej decyzji osób odpowiedzialnych za organizację regionalnych przewozów kolejowych na liniach spalinowych w województwie opolskim, która pozwalałaby mi uwierzyć w realną wolę ich rozwoju.
Dziś promuje się wizję kosztownych i mało realnych elektryfikacji, zamiast ratowania ostatnich linii, które tego najbardziej potrzebują i najdłużej na to czekają.
Dlatego pytam Was wprost — i zostawiam to pytanie otwarte:
Czy naprawdę wierzycie, że województwo opolskie skorzysta z opcji zakupu dodatkowych 10 autobusów szynowych?
Masz swoje zdanie? Chcesz podzielić się spostrzeżeniem, dodać ciekawostkę lub dorzucić cegiełkę do wspólnej historii podsudeckich szlaków? Zapraszamy do dyskusji – merytorycznej, kulturalnej i z szacunkiem wobec innych podróżnych tej kolejowej trasy. Aby zabrać głos i zostawić swój komentarz, musisz posiadać konto w naszym serwisie. Dzięki temu utrzymujemy porządek na peronie dyskusji i unikamy wykolejeń rozmowy.
Oraz dlaczego warto zachować ostrożność wobec deklaracji o szybkiej elektryfikacji
Pierwsze tzw. liczenie potoków podróżnych pamiętam jeszcze z końcówki lat 90. XX wieku. Wtedy wydawało mi się, że to poważna, fachowa procedura, od której zależą dalsze losy połączeń. Dziś wiem, że był to jedynie teatr, przykrywka i forma udawania troski o pasażera - podczas gdy decyzje o cięciach zapadały już dawno wcześniej, w zaciszach gabinetów.
Analiza, która wielu się nie spodoba - ale warto ją przeczytać do końca. Przeczytajcie spokojnie ten tekst. Dla jednych będzie to "teoria spiskowa", ale dla innych - smutna diagnoza.
Zbliża się druga sobota grudnia, a z nią wprowadzenie nowego, tzw. rocznego rozkładu jazdy. Zobaczmy w pierwszej kolejności co czeka pasażerów Opolszczyzny jeżeli chodzi o linię numer 137. W skrócie: regionalnie gorzej, dalekobieżnie lepiej.
Koleje Dolnośląskie rozstrzygnęły przetarg na dostawę nowych pociągów. Spółka zdecydowała się na zakup pięciu nowych składów elektrycznych za ponad 145 mln złotych. Nowe składy pojawią się na Dolnym Śląsku po 22 miesiącach od podpisania umowy.
Kolejny przetarg na zakup nowych pociągów spalinowych ogłosiły Koleje Dolnośląskie. Spółka zdecydowała również o przedłużeniu terminu związania ofertą producentów, którzy złożyli swoje oferty w postępowaniu na dostawę pięciu składów elektrycznych.